Ruscy agenci nadają z Waszyngtonu?

Strategiczny sojusz polsko-amerykański – od lat rekomendowany i aplikowany jako rzekomo bezalternatywny – nie ma tymczasem realnego pokrycia w aktualnych możliwościach ani nawet w dotychczasowych planach Pentagonu. Najnowszy raport CSBA, jednego z najpoważniejszych waszyngtońskich ośrodków analitycznych, kompromituje oficjalną hurraoptymistyczną wizję, jaką prezentują kompletnie oderwani od realiów warszawscy politycy.

Że Amerykanie nie mają ani adekwatnych środków, ani skonkretyzowanej doktryny skutecznego przeciwdziałania ew. zakusom Rosji w Europie Środkowej; że nawet gdyby chcieli bronić swoich wasali na wschodniej flance, to i tak nie mają czym; że w gruncie rzeczy jedyne, co jest praktycznie osiągalne i co praktycznie mogą brać pod uwagę, to zachęcanie tubylców (tj. przede wszystkim nas) do zaangażowania w straceńczy bój, który i tak co najwyżej opóźni tragiczny finał, ale mu nie zapobiegnie – kto takie straszne rzeczy może wypisywać? Wiadomo, wyłącznie jacyś ruscy agenci albo tchórzliwi defetyści. Ale oto – cóż za szczególny dysonans poznawczy dla grzecznych czytelników „GaPoli”, słuchaczy TV „Republika” i całej reszty otuliny propagandowej „dobrej zmiany” – takie właśnie diagnozy i prognozy wyczytać można ze świeżo publikowanego i rutynowo u nas zignorowanego raportu Centrum Analiz Strategiczno-Budżetowych (CSBA, Center for Strategic and Budgetary Assessments): „PLANOWANIE SIŁ NA CZAS RYWALIZACJI MOCARSTW” / „FORCE PLANNING FOR THE ERA OF GREAT POWER COMPETITION”. Polsce, a Europie w ogóle poświęca się tu tylko tyle niezbędnej uwagi, ile potrzeba w szerszym, a dla Amerykanów najpoważniejszym kontekście rywalizacji z Chinami na Pacyfiku. To co jednak możemy tam przeczytać na nasz temat, jest dostatecznie wymowne i właśnie w swej zwięzłej marginalności potencjalnie szokujące – w każdym razie dla tych spośród naszych rodaków, którzy na poważnie wzięli zapewnienia MON o radykalnym zwiększeniu bezpieczeństwa Polski poprzez sprowadzenie na nasze terytorium symbolicznej reprezentacji US Army.

Szanowny Czytelnik, któremu leży na sercu rzeczywisty stan bezpieczeństwa państwa, zechce głębiej przestudiować oryginał (dostępny od paru dni na stronie: ww.csbaonline.org) – tu tymczasem proszę tylko rzucić okiem na parę kluczowych dla nas zdań. Otóż po pierwsze w opinii amerykańskich ekspertów: „Wiele z koncepcji rozmieszczenia i stacjonowania [armii USA na tzw. wschodniej flance NATO] jest przestarzałych i mogących nawet ośmielić [Rosję] do podejmowania akcji w szarej strefie, a nawet do regularnej agresji”. A po drugie: „Stany Zjednoczone nie powinny zakładać, że będą zdolne do szybkiego wzmocnienia sił NATO w Europie już po podjęciu wrogich działań przez Rosję. A to ze względu na dłuższy czas potrzebny na przerzucenie sił cięższego wsparcia ze Stanów Zjednoczonych i innych odległych teatrów [wojny] do Europy”, a także ze względu na trudność przerzucenia tych sił w rejony opanowane już przez Rosję, która „grozi sięgnięciem po broń nuklearną w razie konieczności”. Cóż więc w takiej sytuacji rekomendują autorzy-eksperci CSBA swoim stałym czytelnikom-decydentom z Pentagonu i Białego Domu? Ni mniej, ni więcej wykorzystanie własnych doświadczeń z Wietnamu i cudzych, tj. rosyjskich, z Czeczenii – i oparcie obrony opóźniającej przewidywane postępy przeciwnika poprzez przemienienie wybranych miast w trudne do szybkiego opanowania pułapki-jeże (hedgehogs). Tak jest, amerykańscy eksperci widzą nadzieję na prowadzenie na naszym terytorium działań opóźniających postępy Rosjan z zastosowaniem taktyki czeczeńskich mudżahedinów skutecznie ostrzeliwujących Armię Czerwoną z ruin Groznego (sic! – stolica Czeczenii jest w cytowanym raporcie wprost wymieniona jako konstruktywny wzorzec postępowania).

Wprawdzie w cytowanym raporcie mówi się expressis verbis o „wybranych miastach [w krajach] bałtyckich” (selected Baltic cities, bo Litwę, Łotwę i Estonię ujmuje się tu zbiorczo, jako „Baltics” właśnie) – ale z kontekstu wynika, że ten sam scenariusz odnosi się również do miast polskich. W swoich śmiałych planach amerykańscy eksperci taką właśnie rolę przeznaczyli „twierdzy Toruń” czy „twierdzy Płock” – o czym z zawodową satysfakcją wypowiadał się wszak latem tego roku Philip A. Petersen z „Potomac Foundation”, organizacji, co do której najbardziej zasadne wydaje się przypuszczenie, że stanowi emanację DIA (Defence Intelligence Agency,
tj. wojskowej bezpieki USA). Najwyraźniej z perspektywy Petersena wizytacja przyszłego placu boju przed manewrami „Anakonda” wypadła na tyle obiecująco, by uznał za stosowne podzielić się z nami radosną wizją utylizacji miast-twierdz broniących przepraw na Bugu, Narwi i Wiśle. W wywiadzie dla polskiej prasy Petersen optymistycznie ocenił szanse przemienienia takich właśnie ośrodków miejskich przy udziale Gwardii Narodowej ministra Macierewicza (niewątpliwie miał na myśli Wojska Obrony Terytorialnej) „w twierdze, bronione bez problemu przez wiele tygodni” (sic!). No cóż, czy rzeczywiście „bez problemu”? Myśmy już przerabiali, czym kończy się prowadzenie tygodniami walki w terenie zabudowanym przez wstępnie przeszkoloną młodzież, wyposażoną w broń lekką – łatwo to stwierdzić, np. zwiedzając muzeum Powstania Warszawskiego.

Nie można obrażać się na analityków, że operując realiami, formułują takie scenariusze – ani na ich amerykańskich mocodawców, że takowych z góry nie wykluczają. Można natomiast i należy uznać za całkowicie skompromitowanych polskich polityków i najwyższych dowódców Wojska Polskiego, że wiedząc o tym, nadal podtrzymują fikcję „strategicznego sojuszu” z partnerem tak cynicznie i bez skrupułów traktującym perspektywę szafowania polską krwią i majętnością. Czego zresztą tradycje w polityce anglosaskiej względem Polski są bogate i ugruntowane. Abstrahuję tu od trafności diagnoz i realności prognoz waszyngtońskich ośrodków analitycznych – nie ma tu akurat nic do rzeczy ani faktyczna realność zagrożeń ze Wschodu, ani aktualność kreślonych tam strategii Zachodu. Głęboko poruszający jest sam fakt, że warszawskie władze – zarówno rząd żoliborski, jak i belwederski prezydent – zdają się akceptować perspektywę wykorzystania w toczonej ponad naszymi głowami grze wielkich mocarstw polskiej młodzieży jako „żywych torped”, a polskich miast jako „potykaczy”. Nie wiem, czy stręczący nam strategię samozagłady amerykańscy „Wujkowie Dobra Rada” mają w oczach więcej błysku szaleństwa, czy raczej zimnego wyrachowania. Wiem natomiast, że przyjmujący tak obłędne scenariusze za swoje warszawscy mężykowie stanu kwalifikują się albo wprost do Tworek, albo przed Trybunał Stanu.

/za polskaniepodlegla.pl/

Komentarze