Książę-hetman lobbysta z korpusu marines

Artykuł ukazał się w czasopiśmie „Służby specjalne”

Amerykanin w walce o „Samostijną Ukrainę”.

Trudno wskazać kogokolwiek, kto w pierwszej połowie XX wieku miałby większy od niego wkład (wymierny w gotówce) w promocję nacjonalizmu ukraińskiego na arenie międzynarodowej – a jednak Jakub Makohin nie doczekał się od pobratymców pomnika, ani nawet skromnej uliczki swego imienia.

Jakub Makohin (1880?–1956), wzmiankowany w różnych opracowaniach jako Jakob, Jakow, ew. Jakiv Makohin vel Makohon, lub też Mahonin (ta ostatnia, ewidentnie przekręcona wersja nazwiska pojawia się tu i ówdzie w raportach wywiadu II Rzeczypospolitej – sic) stał się znany w diasporze ukraińskiej na Zachodzie jako aktywny działacz, hojny mecenas i międzynarodowy lobbysta. Zwłaszcza po uruchomieniu (z jego inicjatywy i na jego koszt) kolejnych Ukraińskich Biur Informacyjnych – najpierw w Londynie (w roku 1931), a potem również w Genewie i Pradze – nie do przecenienie była jego rola w nadaniu sprawie ukraińskiej wymiaru międzynarodowego. Oczywiście kosztem sprawy polskiej – bowiem jedno i drugie (zwiększenie zainteresowania losem narodu i jednocześnie umacnianie własnej pozycji w diasporze) osiągał on poprzez bardzo radykalną propagandę piętnującą „polskie zbrodnie” w tzw. „Galicji Wschodniej”, co oznaczało ni mniej, ni więcej, kwestionowanie polskiej jurysdykcji i suwerenności Rzeczypospolitej na kresach.

„Polish atrocities”

I to jest dobry powód, by na postać Makohina zwrócił uwagę polski czytelnik – bowiem skalę oddziaływania prowadzonej przezeń antypolskiej kampanii trudno doprawdy przeszacować. Tłem, na jakim rozwinął Makohin swą imponującą działalność była przeprowadzona w 1930 r. na rozkaz Józefa Piłsudskiego pacyfikacja Małopolski Wschodniej (woj. lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego). Połączone działania wojska, policji i administracji były odpowiedzią na nasilające się prowokacje antypaństwowe i idące w setki akcje sabotażowe ukraińskich nacjonalistów, inicjowane głównie przez Ukraińską Organizację Wojskową wchodzącej w skład OUN (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów). Zastosowana wówczas, owszem, odpowiedzialność zbiorowa miała na celu demonstrację siły i zdecydowania państwa – a skutkowała, nie ma wątpliwości, wieloma aresztowaniami, rewizjami, ale także brutalności i niszczenia mienia. Z całą pewnością zaczepna inicjatywa nie leżała jednak po stronie polskiej – podpalenia, pobicia i gwałty wymierzone w Polaków należały bowiem do rutynowego instrumentarium organizacji ukraińskich, które w istocie uczyniły bardzo wiele, by wywołać akcję odwetową.

Nie należy zapominać o tym, że ukraińskie organizacje narodowe w swych działaniach przeciwko Polsce ściśle współpracowały ze służbami naszych sąsiadów. W gruncie rzeczy zarówno dla Berlina, jak i dla Moskwy ukraińscy nacjonaliści byli poniekąd etatowym „podwykonawcą” – w czym mogli liczyć na pełną tolerancję, nieledwie patronat czeskiej Pragi. Dodatkowo złą prasę zawdzięczała Polska organizacjom diaspory żydowskiej, które zarówno w polskim Sejmie, jak i na forum Ligi Narodów podważały legitymizm władz Rzeczypospolitej – w oparciu o tzw. traktat mniejszościowy. I to jest właśnie kontekst sytuacyjny, w jakim na scenę wkracza Jakub Makohin – jako rzecznik narodu ukraińskiego uciśnionego i okrutnie prześladowanego przez Polaków. Po pobycie we Lwowie w roku 1930 występuje on wobec opinii międzynarodowej jako naoczny świadek „polskich zbrodni” – w wywiadzie na łamach „Manchester Guardian” stwierdza m.in.: „Podczas wojny [I w. ś.] te ziemie bardzo ucierpiały, po czym jeszcze trzy lata trwała wojna domowa [sic], ale nigdy jeszcze miejscowa ludność nie cierpiała tak jak teraz” – wywiad ten doczeka się szybkiego amerykańskiego przedruku w większej objętości, ponad pół tysiąca stron liczącym tomie pt. „Polskie zbrodnie na Ukrainie” [„Polish Atrocities in Ukraine”, wyd. Nowy Jork 1931], którego wydanie sponsorował właśnie Makohin.

Bez przesady stwierdzić można, że nie miała większego rozgłosu rozkręcająca się wówczas właśnie „pacyfikacja” Ukrainy sowieckiej – polegająca na bezlitośnie, krwawo egzekwowanej kolektywizacji skutkującej tzw. „Wielkim Głodem” lat 1932-33. Jednak informowanie o prawdziwie masowych sowieckich zbrodniach nie było dla Makohina sprawą tak pilną, jak przekonywanie świata o zbrodniczości polskiego reżimu – w sprawie „Hołodomoru”, co z niejakim zdziwieniem konstatują badacze historii ukraińskiego nacjonalizmu, jego refleks był ewidentnie spóźniony (zob. R. Wysocki). Jak słusznie diagnozuje inny badacz (A. A. Zięba): „W rezultacie świat, który dowiedział się takiej masy szczegółów na temat niszczenia przez polskich ułanów strzech na chałupach halickich i stanu tylnych części ciała pacjentów szpitalika metropolity Szeptyckiego, nie otrzymał równie silnego sygnału o znacznie poważniejszych represjach na Ukrainie Sowieckiej. Skryły się one wygodnie przed światową opinią publiczną i świadomością polityczną w cieniu halickiej wrzawy”.

Nic dziwnego, że znalazłszy się w orbicie zainteresowania kontrwywiadu polskiego, a także brytyjskiego, Makohin był notowany jako podejrzany o powiązania z Sowietami – skoro występował tak jawnie w ich interesie. Służby II RP zareagowały zresztą całkiem sprawnie – i Makohin został stanowczo poproszony o opuszczenie terytorium Rzeczypospolitej. Wyrzucony drzwiami, wrócił oknem – pojawił się w Wolnym Mieście Gdańsku – tym razem zarabiając sobie na podejrzenie o współpracę z Abwehrą.

Książę-hetman lobbysta

Na ile podejrzenia te były zasadne – czyim agentem był nasz bohater, czy na wyłączność, czy może podwójnym, potrójnym (?) – to dowodnie zweryfikują może przyszli badacze, bo do Makohina nikt nie zechciał się dotąd oficjalnie „przyznać”. Jego nazwisko pojawia się, owszem, w polskiej literaturze przedmiotu – szczególnie często w źródłowych, skądinąd rewelacyjnych pracach Andrzeja A. Zięby (patrz zwłaszcza: „Lobbing dla Ukrainy w Europie międzywojennej. Ukraińskie Biuro Prasowe w Londynie oraz jego konkurenci polityczni – do roku 1932”). Ale pełna sylwetka, profil polityczny i całokształt dokonań Makohina nie doczekały się jeszcze osobnej monografii – na co z pewnością zasługują. Klucza do zagadki nie znajdziemy jednak najprawdopodobniej ani w archiwach sowieckich, ani hitlerowskich – najprędzej (to hipoteza badawcza) w amerykańskich. Bowiem Jakob Makohin w latach swej najbardziej ożywionej działalności legitymuje się paszportem Stanów Zjednoczonych – i wszystko wskazuje na to, że przez Armię USA nigdy nie przestał być traktowany nie tylko jako godny obywatel, ale również jako lojalny żołnierz.

Tymczasem w Europie funkcjonuje jako ukraiński patriota i, uwaga, arystokrata – mianowicie przedstawia się jako książę Leon Bohun Mazepa Razumowski, rzekomy potomek ostatniego hetmana zaporoskiego i carskiego feldmarszałka Kiryłła (Cyryla) Grigoriewicza Razumowskiego (1728–1803) – zwłaszcza na pierwszym etapie swej aktywności na odcinku ukraińskim daje do zrozumienia, że z racji pochodzenia jest naturalnym pretendentem do hetmanatu. Później ta legenda jest użyteczna jako przepustka do politycznych salonów – m.in. w Wielkiej Brytanii. Nazwisko Makohin – wyjaśnia osobom zaufanym – przyjął z wdzięczności wobec człowieka, który miał mu uratować życie w 1907 r., kiedy to zamordowani zostali na Ukrainie jego rodzice („ciosami bagnetu w serce”), a on sam, dzięki pomocy owego Makohina-wybawcy mógł salwować się ucieczką do Ameryki. Na łamach prasy przedstawia się jako „mieszkaniec Bostonu”, w Europie zamieszkuje wraz z małżonką we Wiedniu, ale z racji zaangażowania w sprawę ukraińską kursuje pomiędzy różnymi stolicami. Ukraińskie „biura informacyjne” otwiera w Anglii, Szwajcarii i Czechach, a planuje następne. Sam je utrzymuje – czerpiąc z kapitału, którego dorobił się, jak rozpowiada, handlując dziełami sztuki (sic).

Ten baśniowy rodowód – do dziś powielany niewątpliwie w najlepszej wierze na rozmaitych stronach internetowych – jest dla badacza problematyczny, bowiem oparty na informacjach z jednego źródła, tj. samego Makohina. Tego, co należy do sfery weryfikowalnych faktów, on sam dla odmiany nie uznawał za warte opowiadania. Nawet jednak garść potwierdzonych dokumentami szczegółów zdaje się należeć do zupełnie innej układanki – by nie rzec: kombinacji operacyjnej. Pierwszy szczegół zawdzięczamy… kanadyjskim teatrologom, którzy odnotowali występ Jakova Makohina na deskach amatorskiego teatrzyku ukraińskiego w Ontario w roku 1903 – co w wypadku tożsamości osoby wykluczałoby tragiczne i romantyczne losy uratowanego z pogromu w roku 1907. Dalej mamy już konkretne, choć nadal skąpe dane: Makohin zgłasza się na ochotnika do amerykańskiej piechoty morskiej i jako „US marine” bierze udział w misjach na Kubie i na Filipinach. W roku 1916 przechodzi przeszkolenie lotnicze – nota bene: jeden z pierwszych pilotów (jeśli nie pierwszy) w historii lotnictwa US Navy. Nie wiadomo, jakie zadania wykonuje po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej – w publikacjach prasowych jeszcze za jego życia podkreśla się, nie wiedzieć dlaczego, że nie brał udziału w działaniach wojennych. Czyżby zatem marynarka na darmo szkoliła lotnika? Niektóre z pełnych skądinąd bałamutnych dezinformacji Wiki-notek zawierają też przypuszczenie, że wykonywał nieokreślone misje wywiadowcze na kontynencie europejskim (rejestry Marine Corps notują pozostawanie w czynnej służbie, jednak nie na morzu). W każdym razie „znika z radarów” na parę lat – by wypłynąć już jako „książę von Razumovsky”, możny i zasobny mecenas ukraińskiego szowinizmu, inicjator i kierownik licznych ww. jaczejek. Ciekawa rzecz, cały ów ukraiński patriotyzm przechodzi mu jak ręką odjął – od powrotu do Stanów Zjednoczonych w 1940 r. aż do śmierci w 1956 r. nie angażuje się w żadną działalność publiczną – jakby go ktoś „dezaktywował”.

Grób w Arlington

Mitoman-entuzjasta, czy agent-prowokator? Mimo szczupłości dossier Makohina, jakie da się skompletować bez szerszej kwerendy badawczej, można jednak udzielić odpowiedzi bez większych wątpliwości. Pośmiertną gwarancją, niejako certyfikatem lojalności i rękojmią powagi jego zaangażowania jest nagrobek w centralnej nekropolii imperium amerykańskiego – na stołecznym cmentarzu wojennym w Arlington, gdzie pod nazwiskami (pseudonimami?) JACOB MAKOHIN, PRINCE LEON BOGUN MAZEPPA RAZUMOVSKY wyryto dumne: SECOND LIEUTNANT UNITED STATES MARINE CORPS. W tej samej mogile pochowano jego małżonkę, Susan E. Fallon-Makohin, córkę admirała US Navy. Otóż to właśnie zdaje się informacją przesądzającą w jednej przynajmniej sprawie – kimkolwiek był i jakkolwiek sam określał swoje pasje i cele życiowe, Jakub Makohin najwyraźniej nigdy nie złamał przysięgi, nie przestał być wiernym żołnierzem i nie zawiódł zaufania pokładanego w nim przez amerykańskich przełożonych. Inaczej przecież nie przysługiwałoby mu tak zaszczytne miejsce – w panteonie bohaterów wszystkich wojen imperium. Nota bene: jego nazwisko figuruje w rejestrach Marine Corps także w latach 30. – a więc w czasie, kiedy był już jednym z niekwestionowanych liderów i fundatorów nacjonalizmu ukraińskiego.

Czy Makohin inwestował w „Samostijną Ukrainę” własne pieniądze – czy korzystał z imponujących, sądząc po rezultatach, funduszy operacyjnych – ? Czy jego wydatki były księgowane przez jedną tylko – czy więcej służb – ? Niewątpliwie poza samymi Ukraińcami także i inni mogli zapisywać jego działalność po stronie aktywów i zysków. Wszak rzucał na szalę cały swój autorytet występując przeciwko inicjatywie zjednoczeniowej Konowalca, którego jeszcze przed rozpętaniem II wojny światowej uznali za stosowne zgładzić Sowieci (wybuchową bombonierkę podał mu w Rotterdamie sam Sudopłatow). Wszak podnosząc ukraińską propagandę na wyższy poziom, nadając jej profesjonalne ramy, Makohin wyręczał najpierw weimarskie potem hitlerowskie Niemcy. Ale przecież to akurat w niczym nie mogło przeszkadzać jego pierwotnym i prymarnym operatorom, sztabowcom amerykańskim. W Białym Domu na długo przez pierwszymi salwami dojrzała koncepcja „przekierowania” wojny na Europę Środkową (patrz np: raport amb. Potockiego z amb. Bullitem, 1938). Koncepcje polityczne mogą ewoluować – a agenci mogą na zmiennych etapach wykonywać różne, nawet wzajemnie sprzeczne dyrektywy. Najwyraźniej zmieniały się i scenariusze, w których występował Makohin (jakże cenne okazywało się doświadczenie sceniczne z Ontario) – najpierw chyba przewidywano dlań główną rolę w jakiejś ukraińskiej wersji „dymitriady” (reaktywacja hetmanatu z cudownie ocalonym pretendentem), a potem organizował przyszłe kadry „Samostijnej” na emigracji.

Zresztą łatwo nie miał, niczym Lawrence z Arabii cywilizujący Beduinów na potrzeby brytyjskiego imperium – sam narzekał na materiał ludzki, z jakim przyszło mu działać, w cytowanej przez badacza korespondencji: „praca z takimi półgłówkami, jak nasi haliccy przywódcy, może popchnąć człowieka do samobójstwa albo do domu wariatów” (por. A. A. Zięba). Tym bardziej więc zadumać się można nad kwestią, gdzie dziś byłaby sprawa ukraińska, gdyby w swoim czasie nie zaangażował się w nią Jakub Makohin?

Tymczasem jednak nikt w Kijowie nie występuje z inicjatywą ekshumacji i uroczystego sprowadzenia trumny bohatera do ojczyzny, o której suwerenność tak aktywnie i z taką determinacją zabiegał. Spoczywa więc nadal w Arlington – jako mocno wątpliwej autentyczności książę rosyjski i całkiem autentyczny podporucznik amerykańskiej piechoty morskiej. Sądzę zresztą, że współczesne ukraińskie elity wykazują się tu trafną intuicją. Lepiej wszak dbać o ciszę, nie tylko nad tą, ale i innymi trumnami – bo inaczej mogłaby zacząć nabierać niepokojąco skonkretyzowanych konturów hipoteza badawcza, że cała ukraińska państwowość, to w istocie jedna wielka kombinacja operacyjna.

Za zwrócenie mojej uwagi na postać J. Makohina bardzo dziękuję Panu Nikt, którego pasjonującą książkę „AION – SZKICE U KOŃCA CZASÓW” serdecznie polecam. Książkę można zakupić na stronie wydawnictwa 3DOM – www.3dom.pro.

Komentarze