Festiwal niesmaku

Nie wszystko, co zgodne z prawem, jest też prawowite. Nie wszystkie działania władzy wynikające z litery prawa należy uznać za godziwe, słuszne i pożyteczne dla państwa i jego znękanych obywateli. Żaden automatyzm bynajmniej tu nie zachodzi, a wręcz przeciwnie – akcja celników, skarbówki i policji w Grucznie jest klinicznym przykładem patologii postsowieckiego i neoeurosowieckiego aparatu.

Zmasowany nalot służb państwowych na Festiwal Smaku w Grucznie wygrywa w moim prywatnym rankingu najdurniejszych, najbardziej antypaństwowych działań podjętych przez same władze państwowe w ostatnich tygodniach. Godzi bowiem w same podstawy suwerennej państwowości, kto angażuje aparat państwowy do gnębienia własnych obywateli, których największym błędem okazało się przejawienie gospodarnej zapobiegliwości i przedsiębiorczej inicjatywy. Rzecz działa się ledwie kilka dni temu (patrz: doniesienia prasowe
z 23 sierpnia) w polskim interiorze Dolnej Wisły (Gruczno leży na lewym brzegu, pomiędzy Toruniem a Grudziądzem, administracyjnie w województwie kujawsko-pomorskim): na lokalną imprezę promującą lokalne specjały i regionalne wyroby kulinarne, gromadzącą około półtorej setki wystawców, zwaliło się kilkudziesięciu funkcjonariuszy służby celnej, skarbówki i policji (z bronią przy boku i w kamizelkach kuloodpornych). Bilans: konfiskata 388 flaszek (ca. 180 litrów) nalewek domowej roboty połączona z wymierzeniem szeregu mandatów opiewających na sumy wymierne w tysiącach złotych. Za cóż? A za „niemanie” paragonów z kas fiskalnych.

Być może ktoś tam komuś podłożył świnię; może uruchomienie umundurowanych i uzbrojonych służb ze Świecka i Bydgoszczy było efektem lokalnych porachunków. A może aktywacja fiskusa nastąpiła w tym wypadku z przemyślanym zamiarem wystawienia aktualnej władzy na pośmiewisko. Innymi słowy, może właśnie po to cała ta szopka, żeby niżej podpisany miał się o co żołądkować – i żeby zaraz wysmażył tekst podkopujący wiarę najlepszych patriotów w dobrą zmianę. Chyba jednak zbyt wymyślna to teoria spiskowa – i raczej wypada po prostu przyjąć, że państwo postpeerelowskie nie zaniecha podobnych ekscesów, dopóki nie skompromituje się do ostatka i do końca nie obrzydzi Polakom suwerennego bytu. Bo problem wszak w tym leży, że w ogóle można wprawić w ruch machinę urzędowo-policyjną z tak absurdalnego powodu. Że w ogóle można zgodnie z literą prawa podejmować akcje, które w sposób tak ewidentny podrywają przede wszystkim autorytet samej władzy. Na dodatek godząc w indywidualnych producentów rolnych, których przedsiębiorczy duch i patriotyzm lokalny są tym, co dla tegoż państwa powinno być najcenniejsze, a zatem najbardziej godne szacunku i ochrony, nie zaś nękania rewizjami i mandatami.

Któż może takich oczywistości nie rozumieć? Chyba tylko liderzy „żoliborskiej grupy rekonstrukcji historycznej sanacji”, którzy o pieniądzach wiedzą zapewne tyle, że biorą się one z budżetu. Na specjalne życzenie premiera-prezesa-naczelnika może je stamtąd wyciągać, niczym króliki z magicznego cylindra, minister finansów (prasa pisze potem, że „znalazł w budżecie”). Nieliczni, głębiej wtajemniczeni wiedzą wprawdzie, że np. fundusze na 500+ biorą się w sposób bynajmniej nie magiczny z kredytu zagranicznego, który na tę okoliczność powiększony został zdaje się o następnych 20 mld – ale na decydentach nie robi to najwyraźniej większego wrażenia. Operują zbyt wielkimi sumami (na jakie radośnie zadłużają przyszłe pokolenia), by przejmować się kwotami tak drobnymi jak te, na jakie opiewały mandaty wlepione niebacznym wystawcom w Grucznie (którzy, notabene, jeśli już przyrządzili te swoje nalewki, to wszak najpewniej na spirytusie już wcześniej obłożonym akcyzą).

Wspomniany wyżej incydent otwiera oczywiście całą sekwencję skojarzeń. W pamięci rodzinnej niżej podpisanego (jak zresztą pewnie w rodzinach większości normalnych Polaków) zapisały się rozmaite wspomnienia prześladowań doznanych pod zaborami i za kolejnych okupacji – także w sferze gospodarczej. Poza wspomnieniami o większej doniosłości politycznej, ze wspomnień moich najbliższych poznać mogłem również bardziej prozaiczne epizody walki z okupantem toczonej w sferze „prozy życia”, takiej jak np. nielegalne świniobicie. Żarty żartami, a za to przecież można było za Niemca trafić ekspresowo do piachu lub ulgowo – do Oświęcimia. Na szczęście u nas akurat taki wojenny epizod nie skończył się tragicznie (nalot żandarmów po donosie jakiegoś życzliwca, co miał na pieńku z rzeźnikiem, który pokątnie dokonywał tego typu operacji) – skończyło się łapówką i rzecz rozeszła się po kościach (nomen omen, wieprzowych). Czemuż jednak przywołuję tu takie nieheroiczne wspomnienia? Bo oto znów żyjemy w kraju, w którym „nielegalny ubój” naraża delikwenta na dotkliwe kary. Wszak to właśnie w ostatnich latach ostatecznie przesądzono, że nawet pojedyncza świnka, hodowana na własne potrzeby, legitymować się musi „paszportem” eurokołchozowym.

Najwyraźniej myśl o jakiejkolwiek prawdziwie dobrej zmianie tego stanu rzeczy nie postanie nawet w głowach najmędrszych naszych ministrów. Nie pomyśli o tym minister rolnictwa, bo przecież ma ważniejszą misję – jak to sam ujął: „nie dopuścić do powrotu obszarników”. Nie pomyśli o tym minister finansów i rozwoju – bo ten uznaje za największy powód do dumy zwiększoną „ściągalność” VAT-u. Notabene: prototyp tego akurat podatku zaprowadzono równo 100 lat temu we Francji i w Niemczech jako rozwiązanie prowizoryczne, dyktowane stanem wyższej konieczności – tylko do końca wojny… Jak widać, skojarzenia wojenne i okupacyjne nie są wcale niestosowne – jeśli chodzi o politykę fiskalną prowadzoną w ¾ RP (Rzeczypospolitej z Trzeciej na Czwartą).

Inne skojarzenie, które nasuwa się nieodparcie, to oczywiście „bitwa o handel” – prowadzona przez towarzysza sekretarza Hilarego Minca pod koniec lat 40. z takim wymiernym efektem, że w pierwszym roku skapitulowała ponad połowa (sic!) prywatnych handlowców (zwanych niegdyś dumnie kupcami, a w epoce kolektywizmu pogardliwie sklepikarzami). Wówczas to padła największa twierdza wolnego handlu w Europie Środkowej: warszawski Kercelak – nie zmogły go ani naloty niemieckich żandarmów, ani naloty (całkiem dosłowne) sowieckich bombowców, ale ostateczny kres funkcjonowaniu tego legendarnego targowiska (patrz: Wiech) położyła władza ludowa.

Minęło pół wieku i oto władza III RP nawiązała do tych samych praktyk, likwidując „jarmark Europy” na Stadionie Dziesięciolecia – w ramach oczyszczania przedpola z tubylczej konkurencji dla kolejnych zachodnich sieci handlowych. Z handlu na Stadionie Dziesięciolecia żyła niejedna polska rodzina – a teraz stoi tam nierentowny moloch, który do końca świata wszystkie polskie rodziny mają
mieć na utrzymaniu.

Czy zatem akcja w Grucznie to preludium „Bitwy o Handel 2.0”? Nie preludium, kolejna odsłona – bo przecież ta wojna wydana wolności gospodarczej w Polsce trwa w najlepsze, wbrew wolnościowej retoryce propagandowej. Wszak jeśli to nie była pomyłka, to oczekiwałbym, że rzecz wyjaśni i wszelkie niepokoje rozproszy ktoś miarodajny z Warszawy (resp. Żoliborza). Dotąd jednak ani w głównych, ani w lokalnych programach dezinformacyjnych TVP nie pokazano nam głowy tego urzędnika o mentalności eurofolksdojcza, który za ten popis nadgorliwości odpowiada, i nie ogłoszono jego natychmiastowej dymisji. Mamy więc prawo spodziewać się najgorszego. A najgorsze dla Rzeczypospolitej jest właśnie wchodzenie nominalnie polskiej władzy w buty okupanta – poprzez działania pacyfikujące w zarodku polską przedsiębiorczość i niweczące patriotyczną integrację. A mogą się one zrodzić i przetrwać nie dzięki takiej czy innej polityce historycznej, ale prędzej na realnym gruncie wolnego handlu mydłem i powidłem, którego prawdziwie polska władza przenigdy nie będzie szykanować, ale raczej otoczy szacunkiem i opieką (przed zmowami kartelowymi).

Komentarze